top of page

Kalifornia - między pustynią a oceanem

  • Zdjęcie autora: Marzena Lukasiewicz
    Marzena Lukasiewicz
  • 27 lip 2025
  • 6 minut(y) czytania

Zaktualizowano: 14 gru 2025

Kalifornia – stan, do którego zawsze chce się wracać. Niezwykle różnorodna przyroda – od skalistych gór, przez rozgrzane słońcem pustynie, skaliste wybrzeże, piaszczyste plaże Oceanu Spokojnego, aż po pachnące lasy i bogatą roślinność – sprawia, że trudno się tutaj nudzić. W Kalifornii przyroda gra główną rolę, a parki narodowe i rezerwaty kuszą swoją urodą, ciszą i przestrzenią.

Odwiedziliśmy ją już kilkakrotnie, ale tym razem postanowiliśmy skupić się na jej południowej części – cieplejszej, bardziej słonecznej i nieco spokojniejszej. Naszą podróż rozpoczęliśmy w malowniczym San Diego, gdzie klimat wiecznego lata miesza się z oceaniczną bryzą, a ulice tętnią meksykańskim kolorytem i luzem kalifornijskiego stylu życia. Stamtąd ruszyliśmy dalej, zanurzając się w kolejne etapy naszej przygody – mijając pustynne krajobrazy, urokliwe miasteczka, gaje palmowe i szerokie przestrzenie, aż dotarliśmy do magicznego Palm Springs – miasta otoczonego pustynią i górami, które zachwyca unikalną atmosferą. Kalifornia po raz kolejny nas nie zawiodła!


San Diego – słońce, klify i spokój Kalifornii

San Diego przywitało nas tym, co potrafi najlepiej – słońcem, morską bryzą i wszechobecną atmosferą relaksu. To miasto jest jak spokojniejszy brat Los Angeles – mniej pośpiechu, więcej przestrzeni, a mimo to pełne życia i historii. Pierwsze kroki skierowaliśmy do Old Town San Diego, miejsca, gdzie hiszpańska architektura, kolorowe fasady, aromaty kuchni meksykańskiej unoszące się nad brukowanymi alejkami – przenosi w czasie. Spacerując między adobe, sklepikami i galeriami, można poczuć ducha początków Kalifornii. Właśnie tu, w tej pierwszej osadzie europejskiej na zachodnim wybrzeżu USA, historia wciąż żyje – i robi to z urokiem, który trudno podrobić.



Ellen Browning Scripps Pier

Z klimatycznej przeszłości przenieśliśmy się nad ocean. Zatrzymaliśmy się przy Ellen Browning Scripps Pier  – miejscu mniej oczywistym niż turystyczna plaża, ale niezwykle wyjątkowym. Betonowy pomost biegnący daleko w ocean, dostępny jedynie dla naukowców z instytutu oceanografii, to idealne tło do zdjęć i kontemplacji bezkresu oceanu. Fale rozbijające się o filary, pelikan przelatujący nad głową i zapach soli w powietrzu – to wszystko tworzyło niemal filmową scenę.



La Jolla - perła kalifornijskiego wybrzeża

La Jolla to jedno z tych miejsc, które trudno opisać słowami – trzeba je po prostu poczuć. Położona na skalistym wybrzeżu San Diego, zachwyca nie tylko malowniczymi zatokami i turkusową wodą, ale też elegancką, nadmorską atmosferą. Spacerując wzdłuż klifów, mogliśmy obserwować foki i lwy morskie wygrzewające się na skałach, a w tle rozciągał się bezkres Oceanu Spokojnego. Tutaj też natura spotyka się z kulturą – w pobliżu znajdują się galerie, butiki i restauracje z widokiem na ocean. To idealna przestrzeń na chwilę oddechu, kontemplację i delektowanie się Kalifornią w jej najbardziej wyrafinowanej odsłonie.



Balboa Park - zielona oaza

To zielone serce San Diego – to ponad 1200 akrów ogrodów, muzeów, zabytkowej architektury i ukrytych zakątków, które można odkrywać godzinami. Hiszpańsko-kolonialne budynki z ornamentowymi fasadami przenoszą w czasie, a alejki otoczone palmami, fontannami i kolorowymi kwiatami tworzą niemal bajkowy nastrój. Spacerując po parku, co chwilę natrafialiśmy na coś nowego – raz cichy ogród japoński, innym razem ulicznego artystę grającego na gitarze przy muzeum sztuki. Balboa Park to także miejsce spotkań – ludzie tu tańczą, piknikują, grają w szachy, a dzieci biegają między drzewami. To przestrzeń, w której San Diego pokazuje swoją kulturalną i społeczną duszę.



Sunset Cliffs - idealne na koniec dnia

Jednym z naszych ulubionych miejsc w San Diego są Sunset Cliffs. Zgodnie z nieformalnym rytuałem miasta, mieszkańcy i turyści gromadzą się na skalistym wybrzeżu, siadają na murkach lub trawie i po prostu patrzą na słońce, które powoli zanurza się w Pacyfiku. I choć my trafiliśmy tam w ciągu dnia, zanim niebo zaczęło się złocić, miejsce i tak zrobiło na nas ogromne wrażenie. Widok surowych klifów, spienionych fal rozbijających się o skały i bezkresnego oceanu działał niemal hipnotyzująco.



Torrey Pines State Natural Reserve - dzika Kalifornia

Kilka kilometrów od miasta czekała na nas prawdziwa perła – Torrey Pines State Natural Reserve. To nie tylko rezerwat przyrody, ale i jeden z ostatnich obszarów, gdzie rośnie niezwykle rzadka sosna Torrey. Wybraliśmy jeden z krótkich szlaków, który poprowadził nas klifowym brzegiem, a widoki zapierały dech – z jednej strony ocean, z drugiej pustynno-skalisty krajobraz Kalifornii Południowej.



San Diego urzekło nas swoim rytmem – spokojniejszym niż w innych dużych miastach Kalifornii, a jednocześnie wypełnionym treścią. Tutaj historia, przyroda i ocean nie konkurują ze sobą – one współistnieją w idealnej harmonii.


Laguna Beach – artystyczna dusza wybrzeża

W drodze do Palm Springs zatrzymaliśmy się w Laguna Beach – niewielkim nadmorskim miasteczku, które od pierwszego spojrzenia urzeka swoją kameralnością i wyczuwalnym, artystycznym duchem. To miejsce ma w sobie coś z europejskiego wybrzeża – zamiast wielkich kurortów i tłumów, są tu małe galerie, pracownie lokalnych twórców, kawiarnie z widokiem na fale i zakamarki, w których czas jakby się zatrzymał. I choć był to tylko przystanek na kawę i lody, miasteczko zostawiło po sobie dużo miłych wspomnień. Wąskie uliczki otulone były kolorami – wszędzie kwitły hibiskusy i inne egzotyczne kwiaty, a nad nimi leniwie kołysały się palmy.

Do Los Angeles nie planowaliśmy zaglądać – miasto nie przemawia do nas swoją energią, zgiełkiem i rozmiarem. Byliśmy tam już wcześniej, głównie skupiając się wtedy na Hollywood, ale nawet wtedy był to raczej punkt do „odhaczenia” niż miejsce, do którego chcielibyśmy wracać. Laguna Beach natomiast miała zupełnie inny klimat – spokojny, elegancki, artystyczny.



Palm Springs – retro klimat i pustynna elegancja

Kiedy zjechaliśmy z wybrzeża i zostawiliśmy za sobą oceaniczny chłód, krajobraz zaczął się zmieniać – wzgórza stawały się coraz bardziej suche, kolory coraz cieplejsze, aż w końcu pojawił się Palm Springs. Miasto jak z pocztówki z lat 60., w którym czas zatrzymał się na stylowych motywach Mid-century modern, a jednocześnie wszystko pulsuje życiem. Palmy rosną tu równo jak z linijki, baseny błyszczą w słońcu, a za plecami majestatycznie wznoszą się góry San Jacinto. Gdy tylko dotarliśmy, od razu czuliśmy, że jesteśmy w miejscu o zupełnie innym rytmie – bardziej leniwym, pełnym przestrzeni i światła.



Andreas Canyon i Indian Canyon

Zachwyciła nas nie tylko sama miejska aura, ale i okolice – szczególnie zielone oazy ukryte w pustynnych kanionach, jak Andreas i Indian Canyon, które okazały się jednym z najbardziej zaskakujących punktów całej podróży. To miejsca, gdzie pustynia dosłownie rozstępuje się, by ustąpić miejsca życiu – cienistym dolinom, w których rosną dziesiątki kalifornijskich palm wachlarzowatych (Washingtonia filifera), jedynych rodzimych palm USA. Ich ogromne, postrzępione liście tworzą dach z naturalnego chłodu, a u ich stóp wije się wąski strumień, który tchnie życie w to, co wokół – paprocie, trawy i śpiewające ptaki.


Zrobiliśmy dwa szlaki – jeden prowadzący przez Andreas Canyon, który mimo niewielkiej długości daje wrażenie wędrówki przez pradawny świat – z głazami, które jakby celowo poukładano na ścieżce, z szelestem palm i cieniem, który dawał ukojenie. To właśnie tam natknęliśmy się na jedną z najsłynniejszych palm w całym rejonie – charakterystycznie wygiętą palmę, która niemal kładzie się nad ścieżką jak naturalna brama. To miejsce, które aż się prosi o zdjęcie – i rzeczywiście, trudno było się oprzeć pokusie.

Drugi szlak, w Indian Canyon, był bardziej wymagający – dłuższy, mniej zacieniony, prowadzący w głąb doliny. Wysoka temperatura dała nam się we znaki, słońce piekło niemal pionowo, a mimo to każdy kolejny krok miał sens.



Palm Springs Aerial Tramway

Przejażdżka kolejką linową Palm Springs Aerial Tramway, która unosi się ku Mount San Jacinto, pozwoliła nam zobaczyć cały ten surrealistyczny krajobraz z góry – od wypalonych słońcem dolin po ośnieżone szczyty. W kilka minut przebywa się drogę, która w naturze zajęłaby długie godziny wspinaczki – z pustynnej doliny Palm Springs aż na wysokość ponad 2500 metrów. Sama kolejka robi wrażenie nie tylko widokiem, ale też konstrukcją – to jedna z niewielu obrotowych kolejek linowych na świecie, co oznacza, że podczas jazdy kabina powoli obraca się wokół własnej osi. Nie ma więc potrzeby walczyć o miejsce przy oknie – każdy z pasażerów dostaje pełen, panoramiczny widok na otaczający krajobraz.

Startując u stóp gór, otoczeni byliśmy wypalonymi skałami, suchymi kaktusami i żarem lejącym się z nieba. Ale już po chwili, z każdym metrem w górę, świat wokół nas się zmieniał – ziemia stawała się bardziej zielona, pojawiały się sosny, aż w końcu – zupełnie niespodziewanie – dotarliśmy do strefy chłodu i… resztek śniegu. Na górze czekają szlaki piesze, punkty widokowe i tarasy, z których można objąć wzrokiem ogrom pustyni Coachella Valley, Palm Springs i odległe pasma górskie. Zostaliśmy na górze aż do zachodu słońca, który okazał się wyjątkowo subtelny – delikatne, pastelowe różowe tony łagodnie przechodziły w jasny błękit, tworząc cichą, niemal magiczną scenę. Nie było dramatycznych kolorów ani gwałtownych kontrastów – tylko spokój, rześkie powietrze i to nieuchwytne wrażenie, że jesteśmy świadkami czegoś bardzo niepowtarzalnego i ulotnego.



Joshua Tree National Park - pustynia, skały i drzewa

Z Palm Springs wyruszyliśmy na całodniową wycieczkę do Joshua Tree National Park. Sama droga już zapowiadała coś wyjątkowego – szeroka przestrzeń pustyni, linie gór na horyzoncie i stopniowo zmieniający się krajobraz, który stawał się coraz bardziej surowy i nierealny.

Joshua Tree National Park to przestrzeń, która nie tyle robi wrażenie, co wprowadza w stan zdumienia. Po długiej, pustynnej drodze i sennej ciszy mijanych miasteczek wjechaliśmy w zupełnie inny świat – z każdej strony otaczały nas głazy o dziwnych kształtach i rozsiane po bezkresnym krajobrazie drzewa Jozuego – jedyne w swoim rodzaju. To nie są zwykłe drzewa. Ich pokręcone ramiona i spiczaste liście sprawiają wrażenie, jakby były czymś pomiędzy kaktusem, baobabem a rzeźbą. W świetle popołudniowego słońca wyglądały jak strażnicy tego pustynnego królestwa. Jednym z najbardziej zaskakujących momentów był przystanek przy Skull Rock – ogromnej skale, której wydrążone przez erozję „oczodoły” patrzyły na nas pustym, kamiennym spojrzeniem. Wrażenie robił też widok z Keys View. Stojąc na szczycie z panoramą pustyni i kontury odległych pasm górskich, trudno było ogarnąć wzrokiem cały ten ogrom.



Kalifornia w naszym tempie

Od oceanu po pustynię, od palm San Diego po skalne formacje Joshua Tree – Kalifornia pokazała nam swoją różnorodność bez pośpiechu. Każde miejsce miało swój charakter, a razem stworzyły trasę pełną kontrastów i świetnych wrażeń.

Komentarze


Powered and secured by Wix

bottom of page