Olympic National Park - perła stanu Washington
- Marzena Lukasiewicz
- 8 cze
- 7 minut(y) czytania
Zaktualizowano: 9 cze
Czy jeden park narodowy może wyglądać jak kilka zupełnie różnych światów?
Po wizycie w Olympic National Park wiemy, że tak.
Momentami trudno było uwierzyć, że wciąż jesteśmy w tym samym stanie, a nawet w tym samym parku. Jednego dnia spacerowaliśmy po dzikich plażach Oceanu Spokojnego, następnego podziwialiśmy ośnieżone szczyty górskie, by chwilę później zanurzyć się w bajkowych, porośniętych mchem lasach deszczowych.
Spędziliśmy tam 4 dni pełne pięknych widoków, relaksu i odpoczynku. Do największych atrakcji należą górskie okolice Hurricane Ridge, plaże Rialto Beach i Ruby Beach oraz niezwykłe lasy deszczowe Hoh Rain Forest i Quinault Rain Forest. Każde z tych miejsc ma zupełnie inny charakter i sprawia wrażenie, jakby należało do innego świata.
Warto jednak pamiętać, że park jest ogromny. Przejazd między atrakcjami często zajmuje 2–3 godziny, dlatego planując pobyt dobrze jest zarezerwować sobie kilka dni.
Odwiedziliśmy Olympic National Park podczas Memorial Day Weekend. Nie był to idealny termin ze względu na duży ruch turystyczny, korki i wydłużony czas dojazdu do wielu miejsc. Mimo to były to cztery niezapomniane dni, które na długo pozostaną w naszej pamięci.
Jeśli kochacie naturę i różnorodne krajobrazy, to miejsce zdecydowanie powinno znaleźć się na Waszej liście.
Hurricane Ridge - górskie serce Olympic National Park
Nasze zwiedzanie Olympic National Park rozpoczęliśmy od Hurricane Ridge i był to doskonały wybór na początek przygody z tym niezwykłym parkiem. Położony na wysokości około 5,242 stóp (1,598 m) punkt widokowy oferuje jedne z najpiękniejszych panoram w całym stanie Washington.
Nazwa „Hurricane Ridge” nie ma związku z huraganami. Miejsce zawdzięcza ją wyjątkowo silnym wiatrom, które często występują na tej grani, szczególnie podczas zimowych miesięcy. Jest to również jeden z niewielu obszarów w Stanach Zjednoczonych, gdzie po krótkim spacerze od parkingu można znaleźć się w otoczeniu spektakularnych wysokogórskich krajobrazów.
Latem Hurricane Ridge zachwyca alpejskimi łąkami pokrytymi dzikimi kwiatami, a zimą staje się popularnym miejscem do uprawiania sportów zimowych. Warto także wypatrywać dzikiej przyrody - często można tu spotkać jelenie, świstaki olimpijskie (Olympic marmots), które występują wyłącznie na Półwyspie Olimpijskim, a także charakterystyczne kozice górskie.
Cape Flattery - klify i bezkresna przestrzeń Pacyfiku
Kolejnego dnia ruszyliśmy na wybrzeże Półwyspu Olimpijskiego. Naszym pierwszym przystankiem było Cape Flattery - miejsce wyjątkowe nie tylko ze względu na swoje spektakularne widoki, ale także położenie. To najbardziej wysunięty na północny zachód punkt kontynentalnej części Stanów Zjednoczonych.
Krótki, niespełna kilometrowy szlak prowadzi przez gęsty las cedrowy do kilku platform widokowych zawieszonych nad klifami. Z góry można podziwiać rozbijające się o skały fale Oceanu Spokojnego, niewielkie wysepki wystające z wody oraz wejście do cieśniny Strait of Juan de Fuca, która oddziela Stany Zjednoczone od Kanady.
Cape Flattery nie znajduje się na terenie Olympic National Park. Obszar ten należy do plemienia Makah, które od tysięcy lat zamieszkuje północno-zachodni kraniec Półwyspu Olimpijskiego. Wstęp na teren wymaga wykupienia specjalnego pozwolenia Makah Recreation Pass, a dochody wspierają lokalną społeczność i utrzymanie szlaków. To właśnie lud Makah przez wieki żył z morza, słynąc z umiejętności żeglarskich i wielorybniczych. Ich kultura i tradycje są nadal ważną częścią regionu.
Dla nas było to jedno z tych miejsc, gdzie można po prostu usiąść i przez dłuższą chwilę obserwować ocean i potęgę natury.
Rialto Beach - dzikie oblicze wybrzeża Pacyfiku
Po wizycie na Cape Flattery udaliśmy się na Rialto Beach - jedną z najbardziej spektakularnych i charakterystycznych plaż Olympic National Park. To właśnie tutaj można zobaczyć krajobrazy, które wielu osobom kojarzą się z dzikim wybrzeżem północno-zachodnich Stanów Zjednoczonych.
Rialto Beach nie przypomina typowych piaszczystych plaż. Zamiast białego piasku znajdziemy tu ciemny żwir, ogromne pnie drzew wyrzucone przez ocean oraz potężne skały wyrastające z wody, zwane sea stacks.
Jedną z największych atrakcji jest szlak prowadzący do Hole-in-the-Wall - naturalnego skalnego łuku wyrzeźbionego przez ocean. Trasa prowadzi wzdłuż plaży i pozwala jeszcze lepiej poznać surowe piękno tego miejsca. My jednak ze względu na bardzo silny wiatr i niesprzyjające warunki pogodowe zdecydowaliśmy się zrezygnować z tego spaceru. Mimo to sama plaża i otaczające ją krajobrazy zrobiły na nas ogromne wrażenie.
Marymere Falls - wodospad ukryty wśród pradawnego lasu
Po surowych krajobrazach wybrzeża kolejnym przystankiem był szlak do Marymere Falls - jednego z najpopularniejszych wodospadów w Olympic National Park. To doskonały przykład tego, jak szybko mogą zmieniać się krajobrazy w tym parku. Zaledwie kilkadziesiąt minut jazdy od oceanu znaleźliśmy się w zupełnie innym świecie - pośród gęstego, wilgotnego lasu pełnego gigantycznych drzew i soczyście zielonych mchów.
Szlak do wodospadu jest stosunkowo łatwy i ma około 1,8 mili (2,9 km) w obie strony. Trasa prowadzi przez malowniczy las porośnięty paprociami, cedrami, jodłami i klonami, które miejscami mają nawet kilkaset lat. Już sam spacer jest tutaj atrakcją, ponieważ można poczuć atmosferę charakterystyczną dla lasów deszczowych Północnego Zachodu.
Nagrodą na końcu szlaku jest Marymere Falls - około 90-stopowy (27 m) wodospad spływający po skalnej ścianie ukrytej wśród gęstej roślinności. Do punktu widokowego prowadzą drewniane mostki i schody, z których można podziwiać wodospad z różnych perspektyw.
Co ciekawe, okolice wodospadu były zamieszkiwane przez rdzennych mieszkańców na długo przed powstaniem parku narodowego. Dziś miejsce to jest jednym z najczęściej odwiedzanych szlaków w okolicy jeziora Lake Crescent, jednak mimo popularności nadal zachowuje spokojny i niemal baśniowy charakter.
Devil's Punchbowl - turkusowa perełka nad Lake Crescent
Dzień zakończyliśmy krótkim spacerem nad malownicze jezioro Lake Crescent, kierując się do jednego z najbardziej znanych miejsc w okolicy - Devil's Punchbowl. Ten niewielki szlak prowadzi wzdłuż krystalicznie czystej wody jeziora i jest doskonałą propozycją dla osób szukających krótkiej, ale bardzo widokowej wycieczki.
Devil's Punchbowl to charakterystyczna skalna zatoczka o intensywnie turkusowej wodzie. Miejsce swoją nazwę zawdzięcza formacji skalnej przypominającej ogromną misę. W sezonie letnim jest popularnym miejscem do skoków do wody, choć temperatura jeziora nawet w ciepłe dni pozostaje zaskakująco niska.
Lake Crescent należy do najgłębszych jezior w stanie Washington. W najgłębszym miejscu osiąga ponad 620 stóp (189 m) głębokości, a jego niezwykła przejrzystość sprawia, że w słoneczne dni można dostrzec dno nawet na kilkunastometrowej głębokości. Naukowcy uważają, że wyjątkowa czystość wody wynika z niewielkiej ilości składników odżywczych, które ograniczają rozwój glonów.
Spacer do Devil's Punchbowl był idealnym zakończeniem pełnego wrażeń dnia. Po dzikim wybrzeżu i leśnych wodospadach mogliśmy na chwilę zwolnić tempo, podziwiając spokojną taflę jeziora otoczoną górami.
Hoh Rain Forest - baśniowy las
Kolejny dzień rozpoczęliśmy od wizyty w Hoh Rain Forest - miejscu, które wielu uważa za serce Olympic National Park. Już od pierwszych kroków mieliśmy wrażenie, jakbyśmy znaleźli się w zupełnie innym świecie. Gigantyczne drzewa, grube warstwy mchów zwisające z gałęzi i wszechobecna zieleń tworzą krajobraz przypominający sceny z baśni lub filmu fantasy.
Podczas naszej wizyty padał delikatny deszcz, który tylko dodawał temu miejscu uroku. Krople wody osiadające na liściach i mchach sprawiały, że wszystkie odcienie zieleni stawały się jeszcze bardziej intensywne. Wilgotne powietrze, lekka mgła i wszechobecna zieleń tworzyły niezwykle nastrojową atmosferę, jakiej trudno doświadczyć gdziekolwiek indziej.
Hoh Rain Forest jest jednym z najlepiej zachowanych umiarkowanych lasów deszczowych na świecie. Każdego roku spada tutaj nawet 140-170 cali (3,5-4,3 m) deszczu, co stwarza idealne warunki do rozwoju niezwykle bujnej roślinności. Niektóre rosnące tu świerki sitkajskie i cykuty zachodnie osiągają wysokość ponad 300 stóp (90 m), a ich wiek przekracza nawet 500 lat.
Najpopularniejszym szlakiem jest Hall of Mosses Trail - krótka pętla prowadząca przez najbardziej charakterystyczne fragmenty lasu. To właśnie tutaj można zobaczyć słynne drzewa pokryte grubymi warstwami mchów, które sprawiają wrażenie, jakby cały las był pokryty zielonym dywanem.
Spacer po Hoh Rain Forest był jednym z najbardziej wyjątkowych doświadczeń całej podróży. Cisza, zapach wilgotnego lasu i niezwykła atmosfera sprawiają, że łatwo zrozumieć, dlaczego to miejsce uznawane jest za jedno z największych przyrodniczych skarbów stanu Washington.
Sol Duc Falls - potrójny wodospad
Po wizycie w Hoh Rain Forest ruszyliśmy w kierunku Sol Duc Falls - jednego z najbardziej znanych i najczęściej fotografowanych wodospadów w Olympic National Park. Już sam dojazd prowadzi przez malownicze lasy porastające dolinę rzeki Sol Duc, a krótki spacer do wodospadu jest przyjemny i dostępny dla większości odwiedzających.
Szlak ma około 1,6 mili (2,6 km) w obie strony i prowadzi przez gęsty las pełen wysokich cedrów, paproci oraz mchów charakterystycznych dla Północnego Zachodu Stanów Zjednoczonych. Po drodze słychać szum rzeki, który staje się coraz głośniejszy wraz ze zbliżaniem się do celu.
Sol Duc Falls wyróżnia się na tle wielu innych wodospadów swoim wyjątkowym kształtem. Woda nie spada tutaj jednym strumieniem, lecz rozdziela się na kilka potężnych kaskad, które wpadają do wąskiego kanionu o głębokości około 50 stóp (15 m). Najlepszy widok zapewnia most zawieszony tuż nad wodospadem, z którego można podziwiać siłę żywiołu niemal z samego środka akcji.
Nazwa Sol Duc pochodzi od rdzennych mieszkańców regionu i oznacza „musujące wody”. Trudno o trafniejsze określenie - spieniona woda przeciskająca się przez skalne szczeliny tworzy niezwykle widowiskowy obraz.
Woodland Bluff - perełka w Port Angeles
Choć większość naszego pobytu w Olympic National Park wypełniało intensywne zwiedzanie, nie zabrakło również czasu na odpoczynek i regenerację. Ostatni dzień postanowiliśmy przeznaczyć wyłącznie dla siebie - na zwolnienie tempa, zebranie sił i naładowanie energii przed powrotem do codziennych obowiązków.
Na czas pobytu wynajęliśmy uroczy domek Woodland Bluff, położony niedaleko Port Angeles, z przepięknym widokiem na zatokę Strait of Juan de Fuca. Cały obiekt składa się z trzech niezależnych apartamentów, a my zatrzymaliśmy się w apartamencie Meadow. Mieliśmy bezpośredni dostęp do jacuzzi na świeżym powietrzu oraz wybrzeża zatoki tuż przy domu.
Każdy dzień rozpoczynaliśmy i kończyliśmy widokiem na wodę. Wieczorami podziwialiśmy zachody słońca, z których każdy wyglądał inaczej. Towarzyszył nam nieustanny szum fal, a w oddali obserwowaliśmy przepływające statki wycieczkowe zmierzające do lub wracające z Alaski.
Było coś niezwykle kojącego w siedzeniu nad wodą z kubkiem kawy, obserwowaniu zmieniającego się nieba i po prostu byciu tu i teraz.
Olympic National Park - cztery dni to zdecydowanie za mało
Nasza przygoda z Olympic National Park dobiegła końca zdecydowanie szybciej, niż byśmy chcieli. Choć spędziliśmy tam cztery dni pełne zwiedzania, pięknych widoków i niezapomnianych chwil, wyjeżdżaliśmy z poczuciem, że był to jedynie przedsmak tego, co ten niezwykły park ma do zaoferowania.
Mimo że nasz plan był intensywny, szybko okazało się, że Olympic National Park to miejsce, w którym bez problemu można spędzić tydzień, a nawet dwa i wciąż mieć poczucie, że zostało jeszcze wiele do odkrycia. Duże odległości pomiędzy atrakcjami sprawiają, że sporo czasu zajmują przejazdy, ale każdy kolejny zakręt drogi przynosi nowe widoki i nowe doświadczenia.
Czy wrócilibyśmy tam ponownie? Zdecydowanie tak. Wciąż zostało wiele szlaków, plaż i zakątków, których nie zdążyliśmy zobaczyć. Olympic National Park zachwycił nas nie tylko swoją przyrodą, ale także spokojem, przestrzenią i możliwością prawdziwego oderwania się od codzienności.



Komentarze